O psie, który chciał chodzić tylko piechotą, czyli o tym, jak leczymy się z fobii lokomocyjnej

Jedną z wielu różnic pomiędzy moimi Chudymi jest to, że Quentin od pierwszych dni bardzo bardzo źle czuł się we wszelkiego rodzaju pojazdach, podczas gdy Django wprost uwielbia podróżować.

U szczeniorów choroba lokomocyjna bierze się z tego, że ich błędnik jest niedorozwinięty, świat podczas jazdy "wiruje", co powoduje mdłości i inne nieprzyjemne objawy. Często mówi się, że to "trzeba wyjeździć", zabierać psa samochodem w fajne miejsca od najmłodszych lat, żeby miło kojarzył podróż, a jak już rozwinie się błędnik (ok. 1,5 roku życia), to samo przejdzie. I podawać leków też nie ma co, bo przecież nie ma sensu szprycować psa, skoro to samo przechodzi.

No to jeździliśmy w najczadowsze znane mi miejsca, na najczadowsze spotkania z najczadowszymi psimi przyjaciółmi. Quentin w samochodzie ślinił się tak, że po 20min jazdy mogłam wyżymać dwa wielkie ręczniki, ale przecież się wyjeździ. I wyjeździliśmy... fobię lokomocyjną. Brawo, Magdaleno!

Czym jest fobia lokomocyjna? LĘKIEM przed samochodem i podróżowaniem. Jak dotarło do mnie, że problem Quentina jest tak duży? Sam mi powiedział. Na początku przestał chcieć podchodzić do samochodu. Ale ok, niedobrze mu, to go po prostu tam wsadzę. Ale kiedy pies na moje zbieranie się rano do wyjścia, WYLEWAJĄC LITRY ŚLINY zakopywał się w łóżko i udawał martwy kamień, żebym go tylko nie wzięła, zaczęła zapalać mi się czerwona lampka. W pewnym momencie, na zajęciach przestał do mnie przychodzić, nie chciał brać ode mnie smaczków, nawet nie patrzył w moją stronę - lekka załamka i łza w mym oku. Ostatek wątpliwości rozwiał się, kiedy chciałam wracać od Agnieszki do domu, a Quentin śliniąc się uciekł z najdalszy kąt jej salonu, żebym tylko go nie dotykała. Został na noc. Potem było tylko gorzej - uciekał ode mnie, nie chciał żebym go dotykała, a kiedy do niego podchodziłam kulił się jak pies, którego ktoś bił... Zaczęłyśmy obmyślać z Agą plan ratunkowy....

JAK LECZYĆ FOBIĘ LOKOMOCYJNĄ

Po konsultacji z bardzo kompetentnym w temacie wetem, plan wyglądał tak:

  1. Detoks - przez co najmniej 2 tygodnie Quentin nie jeździ samochodem, nie podchodzi do niego, nawet na niego nie patrzy.
  2. Lęk - trzeba odczarować samochód. Przy tak dużym lęku można zrobić to tylko wspomagając się lekami wyciszającymi - Hydroxyziną.
  3. Mdłości - kiedy już nie będzie bał się samochodu, trzeba podać mu najlepszy dostępny lek przeciwwymiotny - Cerenię, i zacząć pierwsze próby jeżdżenia.

Wcielenie planu w życie:

Quenin był bardzo zadowolony z pierwszego punktu planu. Po 4 dniach przestał ślinić się na widok mnie zbierającej się do wyjścia. Po dwóch tygodniach przestał się z przerażeniem patrzeć na samochód.

To był moment, kiedy wprowadziliśmy Hydroxyzynę. Tableteczki z rana i po kilku godzinach próbujemy podejść do samochodu. Po 20 minutach zbliżył się na jakieś 10 metrów, po kolejnych 10 minutach, na 7 metrów.
I to był koniec dnia pierwszego. Kolejny dzień zaczęliśmy od 15 metrów, skończyliśmy na 2. Codziennie na spokojnie, w towarzystwie uwielbiającego podróże Django, przesiadywaliśmy mnóstwo czasu w okolicach samochodu. Po 5 dniach, Quentin zjadł smaczek położony na progu drzwi. Bez ślinienia się! ŁUHU!
Pielęgnowaliśmy to przez kolejne 2 dni i w piękną słoneczną niedzielę, po radosnym spacerze, całą rodziną zasiedliśmy w samochodzie. Quentin na początku miał wielkie oczy i szukał wyjścia, ale gdy posypały się smaczki, a my oddaliśmy się wycieraniu kurzy w samochodzie (nigdy nie był tak czysty!), wyluzował. Siedział, paczał i memlał smaczki.
Przez kolejne 3 dni, już bez Jarka siadaliśmy sobie w wyłączonym samochodzie. Obiad Quentin również jadł w aucie. To był nie lada wyczyn, ponieważ wcześniej nie było mowy o jedzeniu czegokolwiek, gdy samochód znajdował się w pobliżu.
Kolejnym krokiem było włączenie silnika, gdy Quen siedział w środku. Wielkie oczy i zaprzestanie jedzenia. Po chwili namysłu stwierdził, że w sumie, to może jednak wziąć tego smaczka. Kolejnego dnia, zjadł obiad w samochodzie z włączonym silnikiem. Ba, nawet interesował się tym, co jest za oknem!
Czułam, że to jest ten moment, kiedy mogę ruszyć. Nie była to podróż życia - jedynie wyjechałam i wjechałam na miejsce parkingowe :P Jako, że zniósł to dobrze...

...przyszedł czas na krok ostateczny. 11 dnia terapii, po zaaplikowaniu Cerenii i odczekaniu ponad godziny, by na pewno zaczęła działać, zapakowałam Chudeły do samochodu i pojechaliśmy. Całe dwie minuty jazdy na łąkę pod Lasem Kabackim. Non stop odwracałam się, by zobaczyć, jak czuje się Quen - ok. Po miłym spacerze, wróciliśmy do samochodu. Młody dziarsko do niego podszedł, co było miłą nowością. Zrobiliśmy 10 minutową objazdówkę po dzielni. Za każdym razem, gdy odwracałam się, by zobaczyć, co u Q, leżał sobie jak książę z miną "Ale, że co? No jadę, nic się nie dzieje." Ucieszona po uszy zaparkowałam pod domem i wyleciałam z samochodu na skrzydłach radości.

MAMY TO! Quentin nie reaguje panicznie na samochód i jechał nim bez mililitra uronionej śliny. Przed nami jeszcze dużo dużo pracy, żeby było dobrze. Póki co, nie obędzie się bez przeciwwymiotnej Cerenii, ale mam nadzieję, że stopniowo uda nam się wyeliminować Hydroxyzinę. Wciąż zamierzamy przesiadywać bez celu w samochodzie i robić coraz to dłuższe przejażdżki po okolicy.

Trzymajcie kciuki, by pewnego pięknego dnia, Quentin zaczął czerpać z jazdy równie wielką przyjemność jak nasza pozostała trójka :)

Mag!