Krótka historia o nieobojętności

Dziś będzie niewhippecio.

Nie piszę tego posta, by pochwalić się, jaka jestem niesamowicie wspaniała i zbawiam świat. Opowiem Wam historię, by pokazać, jak bardzo ważne jest bycie nieobojętnym.

W czwartek wracaliśmy z Djangulcem ze spaceru. Zauważyłam, że na żużlówce obok naszego domu kręci się seter szkocki. Wyglądał na bardzo zagubionego i bardzo starego. Już zaczynałam główkować, co z nim zrobić, gdy zauważyłam, że biegnie w jego stronę młody chłopak. Podbiegł, dał mu do powąchania rękę i bez słowa odeszli w swoją stronę. Domyśliłam się, że Staruszek jest głuchy, w przeciwnym razie chłopak by go wołał. Wróciliśmy do domu.

W poniedziałek idąc na spacer, zobaczyłam, że przy budce ochroniarza w sąsiednim bloku stoi również szkocki seter. Wracając, postanowiłam przejść obok rzeczonej budki i zapytać ochroniarza, o co chodzi i dlaczego pies stoi na słońcu. Gdy podeszłam bliżej, okazało się, że owy pies to wspomniany wcześniej Staruszek. Ochroniarz oznajmił, że przyprowadził go tu jakiś człowiek i powiedział, że zaraz przyjedzie po niego straż miejska. Dałam Chudeła ochroniarzowi, a sama podeszłam do Starowinki, by zobaczyć, czy ma adresówkę. Na obroży miał wypisany numer, jednak nie był to numer telefonu tylko coś na kształt numeru identyfikacyjnego. Poprosiłam ochroniarza, by przestawił go w cień i wróciłam do domu.

Natychmiast po powrocie przyssałam się do komputera, by rozpocząć akcję poszukiwawczą. Nie wiem, jakim cudem, ale zapamiętałam numer z obroży – był to numer identyfikacyjny z Palucha (ogromne warszawskie schronisko)… Chwilę później, znalazłam na Setery w Potrzebie informację, że w piątek w nocy ten pies trafił na Paluch, z którego w sobotę został odebrany. Czyli w poniedziałek został zgubiony po raz trzeci… Wściekła na właściciela, który nie mam pojęcia co robi, że Staruszek wciąż się gubi udostępniłam w internetach informację o zgubie i z butelką zimnej wody pobiegłam tej kupki nieszczęścia.

Dałam mu pić i postanowiłam poczekać z nim na straż, przy okazji dzwoniąc do nich przynajmniej piętnaście razy. Po chwili, podszedł do nas nasz kabacki bezdomny leśniczy Leszek i z uśmiechem na ustach oznajmił mi, że to on go tu przyprowadził i zadzwonił po straż. Teraz już wie, gdzie pies mieszka i zamierza go tam zaprowadzić. Ja nieco zszokowana i podejrzliwa (używał tak bajkowych sformułowań opowiadając mi tę historię, że trudno mi było uwierzyć, że to prawda) powiedziałam, że idę z nimi, albo nie idą wcale. Okazało się, że Staruszek mieszka na ulicy równoległej do tej, na której zostaje znajdowany. W jego domu jest remont i jeśli robotnicy nie domkną bramy, to Wędrowniczek czmycha i przechadza się po okolicy. A, że ma 14 lat i doskwierają mu wszelkie starcze ograniczenia, nie umie wrócić do domu. Robotnicy nie posiedli się z radości, gdy nas zobaczyli, wszak oznaczało to dla nich brak ochrzanu. Kilka minut później przyjechał właściciel, który bardzo podziękował mi za przyprowadzenie Włóczykija. Poprosiłam go, by kupił psu adresówkę lub chociaż napisał numer telefonu na obroży. Obiecał, że zrobi to jeszcze dzisiaj, ale zamierzam to sprawdzić za kilka dni.

Tak więc, dzięki temu, że nie zostałam w domu, Dziadek nie musiał znów jechać do schroniska. Znalazł swój dom, ja wiem, gdzie mieszka, podałam ten adres również ochroniarzowi i panu Leszkowi. Teraz, gdy znów zdarzy się Gagatkowi zwiać, będą wiedzieli, gdzie go odeskortować.

Tak więc Kochani, nie bądźmy obojętni. Taka pomoc kosztuje jedynie troszkę czasu i kilka telefonów. Oczywiście, zdarzają się bardziej hardcorowe sytuacje, ale reagujmy również w tych z pozoru błahych.

A jeśli chodzi o Jego Łipetowatość, już kolejny raz pokazał mi, że psy świetnie czują, gdy sytuacja jest ekstremalna, potrafią wtedy odłożyć na bok wszelkie swoje dziwactwa, strachy i nielubości, by stanąć na wysokości zadania i pomóc bratu swoją grzecznością.

Mag!

P.S.

Na zdjęciu Dziadunio podczas piątkowego pobytu na Paluchu.