Ojciec nieznany.

Poruszona skrajną nieodpowiedzialnością napotykanych właścicieli, opowiem Wam historię niedoszłego ojcostwa.

AKT I

Jest niedziela, pogoda marzenie, umówiony spacer z najlepszymi przyjaciółmi Chudych. Idziemy po łące, zza krzaka wybiegają i pędzą w naszą stronę dwa wilczarze irlandzkie. Spokoluzik, to dwie znajome nam suczki. Są przywitania, są ukłony, uściski, jest radość. Blablabla, pogaduchy z właścicielką Dziewcząt. Orientuję się, że nie ma Quena (to norma, więc jakoś szczególnie się nie przejmuję). Nie ma też jednej z wilczarzek. Mówię: "Ah, pewnie się razem bawią, w końcu w podobnym wieku ta Głupota". Na co właścicielka cała uradowana, promieniejąca wręcz szczęściem, świergocze: "No tak, no tak, na pewno gdzieś razem hasają, moja ma 3 dzień cieczki. Ha ha ho ho." Cisza, konsternacja, szok pomieszany z niedowierzaniem. "Co proszę?!?! Ona ma cieczkę, a Ty puszczasz ją luzem na łąkach pełnych psów w spacerowym szczycie dnia?! Przecież Quen ma jajka! Jest samcem w testosteronowym apogeum!" Po czym rzucam się na ratunek. Ucieszona właścicielka krzyczy zza krzaka: "To trzeci dzień, spokoooojnieeee".

AKT II

Dopadam do towarzystwa. Suka leży na trawie, a Quen stoi nad Nią i kopuluje powietrze w szaleńczym zapamiętaniu. Mówię do Niego spokojnie i próbuję podejść. Nie dociera, zaczyna odskakiwać, żebym Go nie złapała. Patrzę na saluczy pysk, a tam zamiast oczu totalne szaleństwo, kompletny brak mózgu, nie ma nic, poza wirującymi małymi siusiakami przelatującymi w miejscach niegdysiejszych źrenic. Myślę: "No to pompa, cały spacer spalony, pies odpadł na maksa". Drę się do właścicielki suki, żeby mi pomogła ogarnąć sytuację. Ta, niespiesznie przybywa i udaje jej się złapać Niewiastę. Ja łapię Quentina za ogon i zapinam na smycz. Właścicielka cała w skowronkach, ja płonę ze wzburzenia, a moja ukochana Kasia rzuca na odchodne właścicielce: "Ależ to by było piękne połączenie - wilczarzo-saluczki. Na całym świecie takich nie ma!".

AKT III

Spacer trwał kolejne 50min. Przez cały spacer Quen szedł na lince, ponieważ kompletnie nie było z nim kontaktu. W pewnym momencie, kiedy napił się wody, wytarzał i zdradzał znamiona powrotu do rzeczywistości, spuściłam Go. Nie minęła sekunda, a Q dzikim pędem biegł na poszukiwania swojej dziewczyny. Django w kasiową dłoń i lecę jak opętana żeby nie zgubić z oczu czarnego pióropusza. I dupa. Nie ma psa. Myślę: "Nie no, czad. Łąki wielkie jak akermańskie stepy, wilczarze pewnie już dawno w domu, a ja nie mam psa. Bosze, co się robi, jak zgubi się pies?! Omatko omatko!". Drę się co sił w płucach, po kilku minutach słyszę tętent, odwracam się, jest Quen - dzikość w oczach, piana na pysku, stracony oddech, ale jest. Linka, woda i dawaj spowrotem do naszych ziomków.

Z tego, co mówiła Kasia, kiedy starsza suczka owej właścicielki miała cieczkę, sytuacja była identyczna. Wtedy trafiło na Arthura - wspaniałego, dużego nowofunlanda, jednak dotkniętego bardzo bardzo bardzo poważną dysplazją. Co mogła mieć właścicielka wilczarzki? A ze 12 małych niufowilczarzy, wszystkie z tragicznie chorymi stawami. Hell yeah!

Pamiętam z czasów, kiedy bywałam na wystawach psów, jak właściciele nic nie robili sobie z tego, że suki mają cieczkę i zabierali je na wystawę. Zadowoleni z siebie myli je chusteczkami, żeby nie było widać krwi i wsadzali do klatki, nierzadko ustawionej przy samym ringu. No, jest bezpieczna. A to, że obecne na wystawie samce nie są w stanie wyjść na ring, bo odchodzą od zmysłów czując sukę gotową do krycia? Kogo to obchodzi. Wystawa opłacona, a że cieczka wcześniej niż się spodziewali? Kasa nie może się zmarnować.

Ja wiem, że suka w cieczce to wciąż pies, który ma swoje psie potrzeby. I że ich ludzie chcą, żeby mogła normalnie hasać i być szczęśliwa. Ale sorry, Winnetou. Jest cieczka, są trzy tygodnie spacerów na smyczy, a jak chcecie pohasać, to jedźcie w odludne miejsce, gdzie macie pewność, że nie spotkacie innego psa. I mówienie, że "to dopiero trzeci dzień", jest totalnie nieodpowiedzialne, serio. Znam przypadki, gdzie suka normalnie kryta w 9-10 dniu cieczki, zaszła w ciążę w 32, bo wszystkim wydawało się, że dni płodne dawno za nimi i można ją puszczać z samcami. Wystarczyła chwilunia...
Niby wszyscy wiemy, że w dzisiejszych czasach kalendarzyk sprawdza się dość kiepsko przy planowaniu rodziny, ale gdy przychodzi do naszych psów, jesteśmy totalnie nieodpowiedzialni i ryzykujemy sprowadzeniem na świat kolejnych kundelków.

A potem pociąga się do alimentów przygodnych ojców, bo przecież to ten okropny samiec napadł, zapłodnił i uciekł w nieznane.

Zatem, pamiętajmy - smycz to nie kara. Smycz to bezpieczeństwo. Smycz to odpowiedzialność.

Mag

Autorką zdjęć jest jak zawsze niezawodna Halinka Uzdowska <3
(Nie, opisana w tekście dziewczynka, to nie Alis ze zdjęć ;) )