Chaos (nie)kontrolowany

Minął miesiąc od kiedy nasza trójka stała się czwórką. 2 stycznia w naszym domu pojawił się Quentin - mój wymarzony Saluki. O tym, jak do tego doszło, napiszę osobny post. Dziś opowiem Wam, jak przez nasz dom przetoczył się chaos.

Pierwsze 3-4 dni

Dj zachwycony, jest się z kim bawić, jest się do kogo przytulać podczas snu. Ja w lekkim szoku - dlaczego on tyle pije, dlaczego on chce siku co 50 min, dlaczego on tak lata, dlaczego on jest taki jadowity? Co mam na myśli mówiąc jadowity? Nie zastyga, jak książkowy szczeniaczek, gdy Django unieruchamia go za karczycho. Wręcz przeciwnie, wierzga jak oparzony źrebak, warczy i pokazuje swoje mini ząbki wystające ze spuchniętych dziąseł. "O matko, jak ten biedny Dj sobie poradzi z tą żmiją."
Jest jeden DUŻY pozytyw - Django zaczął jeść jak szalony! Nie ma, że warzywka gryzą w zęby, nie ma że olej z łososia śmierdzi. Młody za ścianą wcina swoje pierwsze w życiu wołowe żołądki, wcinam i ja!
Jaro ostoja spokoju - będzie doobrze!

Oto mała próbka średniego natężenia jadowitości:

Po czterech dniach - załamka.

Dj zestresowany tak, że nie śpi, tylko stoi i nasłuchuje czujny, jak łania po porodzie. Dotarło do niego, że Młody zostaje tu na zawsze. Ja płaczę "Cóż jam uczyniła? Jak mogłam to zrobić mojemu pieseczkowi" i takie tam. Młody sika częściej niż nadążam zakładać buty, na dworze -17 stopni. Poza tym, Quen jest tak sfokusowany na Django i tak bardzo jadowity, że coraz częściej musimy ich rozdzielać. Rozdzielanie wiąże się z wpadaniem Młodego w szał. Wyje, drapie, jakby go coś opętało. Na szczęście, szybko potrafi się wyciszyć.
Jaro radosny - "Jest dooobrze, przyzwyczają się."

Po tygodniu masakry, zaczyna wychodzić słońce.

Django wyluzował, już się nie stresuje, widać, że cieszy się obecnością Quentina. Saluczywko wyluzowało, nie jest już tak zapalczywy w nawalankach i ogarnął się z częstotliwością sikania. Pięknie przestawił się na BARFa. Poza tym, świetnie idzie mu na psim przedszkolu w Dobrym Psie - jest miły, odważny, zabawowy i mądry. Bardzo dużo myśli. Siada i analizuje. Ja dalej w szoku "Co ja zrobiłam? Jejusiu, jest tak bardzo słodziutki".
Jaro - "Popatrz, jakie słodziaczki!"

Kolejny tydzień, kolejny progres.

Quentin zaczyna zauważać Jarka i mnie. Już nie jest tak sfokusowany na Django. Przychodzi do nas się pomiziać, kładzie się przy nas, by uciąć sobie drzemkę. Bryluje na zajęciach psiego przedszkola. Django bardzo docenia chwilę sam na sam z nami, ale bardzo cieszy się na powrót do Małego. Pisałam już, że Quentin ma szczeniaczkową chorobę lokomocyjną? Podróż samochodem jest iście fascynująca - łapanie zawartości brzuszka w trakcie jazdy powinno być obłożone mandatem. Ale spokojnie, wyjeździ się.
Jaro zakochany w Quentinie po uszy. Kolejny raz mój pomysł okazał się świetny. No proszę... :P

Dziś jest dobrze.

Chłopaki dogadują się świetnie, choć czasem zastanawiam się, który z nich ma 4 miesiące, a który 2,5 roku :P Chodzimy na 4 razy więcej spacerów (razem, osobno, razem ćwicząc chodzenie osobno, osobno na zajęcia). Przez chwilę mieliśmy po 20cm łóżka na osobę. Teraz Quen stwierdził, że jest mu za ciasno i wyniósł się do legowiska. Zamrażarka pustoszeje nam w tempie światła. Mamy 3 razy więcej mizianek. Mamy 100 razy więcej słodyczy - Djowy level słodkości podskoczył do nieskończoności, a Mr.Q. ma tak powalającą mimikę, gibkość ciałka, misiowatość i mądrość że serce trzepocze.

I tak to właśnie jest. Pani Trener, taka mądra, tak dobrze przygotowana, tak oczytana, osłuchana i gotowa na to, co nadejdzie. Pojawia się słodka Malizna i świat staje na głowie. Chyba jednak czasem lepiej wiedzieć mniej. Wtedy człowiek nie stresuje się tak każdym błędem, który przypadkowo popełni, nie analizuje tak i nie spina się.
A nie wiem, czy wiecie, ale Dj był szczeniakiem idealnym - uwielbiam to, że czas zaciera w mózgu niefajne wspomnienia pozostawiając mocne ślady tego, co dobre ;)

I tak, nasza Szczęśliwa Trójeczka staje się Szczęśliwą Czwóreczką!

Mag :)