Śmiercionośne drony

W poprzednim poście wspomniałam o dronach, teraz czas na rozwinięcie tematu.

Django boi się niewielu rzeczy. Jeśli czegoś się obawia, zatrzymuje się, patrzy na mnie i otrzymawszy znak, że jest ok, idzie dalej. Tak było zawsze do pewnego pięknego dnia podczas bieszczadzkiego Biegu Rzeźnika. Staliśmy w tłumie oglądających biegowe gadżety, Dj ze swoją kumpelą Łajką (Szczęśliwi biegają ULTRA) wąchali to i tamto. Nagle patrzę, a Django stoi zwinięty w kabłąk, trzęsie się jak osika, jednocześnie śliniąc się niczym dog niemiecki. W wytrzeszczonych oczach wbitych w niebiosa widać przerażenie. Nigdy nie widziałam Chudego w takim stanie. Kieruję wzrok w kierunku wyznaczanym przez ogromne źrenice Dja, a tam... DRON. Lata nad tłumem filmując bądź robiąc zdjęcia. Próbuję podejść do Dja, a on bierze nogi za pas i chce uciekać. Szybko odeszliśmy w spokojne miejsce, jednak on non stop patrzył w niebo wypatrując zagrożenia.

Byłam zdziwiona jego reakcją, ponieważ mieszamy na Ursynowie i widok latających maszyn nie jest mu obcy. Ba, zawsze uwielbiał się im przyglądać! Zaczęłam analizować, o co mogło pójść nie tak i doszłam do wniosku, że chodzi o ten charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje to niewinne urządzonko. Właściwie to całkiem logiczne. Dla mnie ten dźwięk również nie jest najprzyjemniejszy - "wwierca" mi się w mózg. A co dopiero dla pieseła, który ma słuch dużo wrażliwszy niż my, zwłaszcza na wysokich częstotliwościach. Moje przypuszczenia potwierdziły się, gdy w czasie flyballowego treningu, pewien pan postanowił polatać sobie obok zdalnie sterowanym helikopterkiem wydającym podobny dźwięk. Dj odpadł i nie było z kim rozmawiać...
Niestety, jego obawy nie ograniczają się do maluśkich urządzeń. Pewnego razu, gdy byłyśmy z Laurą (Azarin) na naszej ukochanej plaży, radosny pan na motolotni stwierdził, że niezwykle zabawnym będzie przelecenie 1 METR nad głowami stada psów... Więc teraz mamy zgeneralizowaną obawę przed latającymi obiektami posiadającymi śmigła. Samoloty z silnikami odrzutowymi, na szczęście wciąż są ulubione do paczania.

Jak próbujemy z tym walczyć? Po pierwsze, nigdy nie zmuszam go, żeby podszedł do źródła strachu. Pozwalam mu odejść, jeśli chce, lub patrzeć, jeśli akurat ma tyle odwagi. Dodatkowo, przekopawszy czeluścia jutuba, znalazłam kilka nagrań z felernymi śmigłami i towarzyszą nam one czasem w ciągu dnia, gdy nic się nie dzieje.

Skoro piszę o strachach, wspomnę jeszcze o pierwszym przerażającym wydarzeniu, które nieco naznaczyło życie Djanulca. Buszując w kuchni moich rodziców, upuściłam na płytki szklaną przykrywkę od ogromnego naczynia żaroodpornego. Nie trudno się domyślić, że z wielkim hukiem spektakularnie rozbiła się w drobniusieki mak. Oczywistym jest również, że Dj akurat w tym momencie przekraczał próg kuchni... I tym sposobem, gdy jestem w kuchni, a zwłaszcze kiedy odbywa się stukanie naczyń, bądź sztućców, Django zawsze wychodzi. Wydarzyło się to jakieś 1,5 roku temu i odwrażliwianie powoli zaczyna przynosić efekty. W ostatnim czasie bardzo pomaga nam Quentin, który kompletnie nie przejmuje się kuchennymi odgłosami. Django patrzy na niego i zastanawia się, czy to wychodzenie z kuchni faktycznie ma sens, skoro taka mała gnojówka leży sobie w najlepsze.

Zapytałam Django, czy nie będzie miał nic przeciwko, jak opiszę jego strachy. Zawahał się troszkę, ale stwierdził, że skoro ma to pomóc innych Chudziakom nie wstydzić się tego, że czasem się boją, to mogę pisać ;)

A jak to wygląda u Was? Czy w życiu waszych czworołapów są jakieś śmiercionośne przedmioty bądź sytuacje? Jak sobie z tym radzicie? Dajcie znać na fejsbuniu.

alt alt alt alt